Polska jako rynek
Rynek polski jest dużym i atrakcyjny dla wielu państw, głównie sąsiadujących. Na tę atrakcyjność składają się:
Polska a rynki sąsiednie
Oglądając poniższą mapę Europy można się zorientować nie tylko w tym, że Polska jest stosunkowo dużym rynkiem zbytu. Widać od razu, że wszystkie kraje położone na zachód od Polski mają zdecydowanie lepsze warunki prowadzenia działalności gospodarczej. Zarówno jako państwa Unii Europejskiej, jaki i państwa strefy Schengen.

Cyfry czarne podają populacje (ilość mieszkańców) państw Unii Europejskiej. Cyfry czerwone podają populacje krajów znajdujących się poza Unią Europejską.
Jak widać jedynym wschodnim rynkiem zbytu dostępnym firmom polskim na tych samych zasadach jakie obowiązują w Polsce (w sensie obszaru gospodarczego Unii Europejskiej) jest Litwa - 2,87 mln mieszkańców. To nie jest duży rynek zbytu i Polacy nie są tam zbyt mile widziani z powodu zaszłości historycznych.
Podobnie Czechy (10,86 mln) i Słowacja (5,43 mln) - to też nie są duże rynki zbytu.
Jedynym sensownym dużym rynkiem zbytu w najbliższym otoczeniu Polski są Niemcy (83,28 mln mieszkańców), które dodatkowo są najludniejszym i najsilniejszym gospodarczo państwem Unii Europejskiej.
Polska wygląda jakby była wciśnięta w kąt pomiędzy Bałtykiem, linią graniczną Unii Europejskiej, rozdrobnionym gospodarczo południem i najsilniejszymi w UE Niemcami.
Czy Niemcy mogą pójść gdzie indziej?
Wspólna ponad 1000-letnia historia Polski i Niemiec pokazuje wyraźnie, że Niemcy nie chcą się wyprowadzić z Niemiec. Co więcej, są dość aktywni i w ostatnich wiekach byli w Polsce parę razy na dłużej. A to jako Prusy, a to jako III Rzesza. Mapa powyżej pokazuje także, że to głównie Niemcy zyskały na wejściu Polski do Unii Europejskiej i strefy Schengen. Jeśli Polakom wydawało się, że wchodząc do Unii Europejskiej złapali Pana Boga za nogi, to w jakiej starannie ukrywanej euforii musieli być Niemcy.
Dlaczego podejrzewam Niemców o euforię? Bez specjalnego zaangażowania otworzyli na swoje towary rynek, który nie znał praw gospodarki rynkowej. Prawa te są najbliżej tak zwanego "prawa dżungli". Niemcy przejęli kanały dystrybucji. Kanały dystrybucji to jest to wszystko, co sprawia, że towar, który produkuje producent/wytwórca trafia do klienta. Można się z tą opinią nie zgadzać patrząc na niemieckie sieci handlowe i firmy kurierskie. Polacy powinni na serio brać ten kierunek niemieckiej ekspansji gospodarczej i traktować nie jak współpracę, ale właśnie jak ekspansję. Nie może być partnerstwa między narodem 83 mln i 37 mln, bo na czym miałoby się ono opierać, skoro nie ma równowagi potencjałów.
Rzut oka na drugą mapę (poniżej) pokazuje, że ekspansja niemiecka, żeby była zyskowna musi kierować się w kierunku Polski, bo w gospodarczym pasie zachód-wschód Polska jest krajem najsłabszym. Polska jest nowym krajem unijnym - pozostałe są z tzw. starej Unii. Kraje starej Unii Europejskiej wszystko mają "obcykane", a kraje nowej Unii stale są " w pierwszakach" i poza otworzeniem swoich rynków nic nie mają do gadania.

Różnica w populacji Niemiec (83, 28 mln) i Francji (68,29 mln) sprawia, że Francja nie jest łatwa do skolonizowania przez gospodarkę niemiecką. Ponadto Francja ma 13 terytoriów zależnych. Trudno powiedzieć, czy ludność terytoriów zależnych jest wliczona w wielkości podawane w google odnośnie Francji, ale nie znalazłam ilości ludności francuskich terytoriów zależnych jako takich. Poza tym Francja graniczy z Włochami, które są rynkiem tak dużym jak Francja. Więc Francja na Niemcy nie jest skazana. Niemcy na południowej granicy mają Austrię (9,13 mln mieszkańców). Więc jeśli chodzi o zbyt to szału nie ma. Poza tym zarówno Francuzi jak i Niemcy są zorientowani na siebie samych i uważają - słusznie lub nie - swoje produkty za najlepsze. Francuzi mają kilka marek światowych w branży beauty, modzie. Niemcy raczej stawiają na przemysł ciężki i chemiczny.
Natomiast niezorientowana w rzeczywistości Polska ze stale spadającą populacją to jest rynek idealny do kolonizacji gospodarczej.
Czy zatem Polacy powinni się wyprowadzić?
1000 lat naszej historii pokazuje, że nam się bardzo podoba w tym miejscu i nigdzie się nie wybieramy. A nawet jak się wybierzemy to nie ma na świecie miejsc tak cudownych, jeśli chodzi o ludzi i kulturę jak nasz kawałek ziemi między Niemcami i wschodem. Resztę jesteśmy w stanie zbudować. Poza tym - każdy kawałek Ziemi ma już właściciela. Polska to akurat nasza własność.
Zwiększenie dzietności jako podstawa budowania potęgi
Polska powinna podjąć wszelkie działania w celu zwiększenia dzietności. Jak wynika z powyższych analiz siłą państwa jest jego populacja także w sensie ilościowym.
Jeśli pojawia się inwestor, to oczywiście on tworzy miejsca pracy, jak to się ładnie w polskich mediach opowiada. Ale inwestor naprawdę nie po to chce zainwestować w jakimś kraju, żeby tam stworzyć miejsca pracy. Inwestor chce mieć zysk, a miejsce pracy jest kosztem. Inwestor jest też zainteresowany tym, czy w najbliższym otoczeniu fabryki będą firmy, którym można towar sprzedać. Najlepiej na pniu i na przedpłatę, bo wtedy się inwestuje cudze pieniądze. Więc w kraju z małą populacją może być paru odbiorców na towar fabryki, którą właśnie budujemy. W kraju większym może być setka. Inwestor może opowiadać różne rzeczy, ale koszt transportu zawsze trzeba doliczyć do ceny towaru. Jak koszt transportu będzie za wysoki (za daleko), to towar się nie będzie sprzedawał i fabryka padnie zaraz po uruchomieniu produkcji.

Bardzo dużo rozmawia się na temat zwiększenia dzietności. Tymczasem w większości reklam są przedstawiane osoby samotne, w grupie rówieśniczej (przyjaciele). Zdjęcia dostępne na portalach przedstawiają rodziny głównie z dwójką dzieci i takie zdjęcia się pobiera i zamieszcza w mediach.
W języku reklamy można powiedzieć, że wizerunek rodziny wygląda tak jak powyżej, czyli dwoje dorosłych i dwoje dzieci. To nie jest wizerunek wzrostu demograficznego tylko zastępowalności. Nie ma wizerunku rodziny wielodzietnej i wielopokoleniowej w sensie atrakcyjnych zdjęć. Można powiedzieć nawet, że rodzina wielodzietna to w Polsce symbol braku umiejętności radzenia sobie w życiu, symbol niedostatku, braku ambicji do robienia kariery. W Stanach Zjednoczonych bogaci celebryci, aktorzy dumnie prezentują rodziny z co najmniej 3 dzieci. Zdarzają się rodziny z 10 pociechami.
Nie ma atrakcyjnych zdjęć z rodziną wielodzietną dostępnych do pobrania. Więc po prostu należałoby zrobić konkurs na zdjęcia rodziny wielodzietnej, z trójką, czwórką, piątką i więcej dzieci. Zdjęcia takie należałoby odkupić od autorów i umożliwić ich pobieranie w celu kształtowania pozytywnego wizerunku rodziny wielodzietnej. Bo od czegoś trzeba zacząć.
Rynek macierzysty dla polskich przedsiębiorstw
Powinniśmy zacząć poważnie brać pod uwagę fakt, że Polska jest naszą macierzą, czyli miejscem, z którego się wychodzi i do którego się wraca. To z polskiego rynku polskie przedsiębiorstwa wychodzą do eksportu i na polski rynek wracają, jeśli zmieni się koniunktura za granicą. Tak jak w dawnych czasach z jakiegoś miejsca wyjeżdżało się na podbój świata i wracało do tego miejsca z łupem. Polska to takie miejsce, w którym innym ludziom zależy na naszym sukcesie, na tym, żeby nam wyszło. (czy tak jest?) Więc Polska to powinno być takie miejsce, gdzie Polakom jest wygodnie i wszystko jest do Polaków dostosowane. No to są jakieś głupoty, prawda?
Każdy, kto był w Niemczech wie, że RFN to takie miejsce, w którym wszystko jest dostosowane do Niemców i w którym przede wszystkim Niemcom ma być wygodnie. RFN to takie miejsce, skąd Niemcy zaczynają ekspansję gospodarczą i gdzie wracają spod Stalingradu.
Każdy, kto był w USA wie, że Stany Zjednoczone to wielki rynek. Na tym rynku wszystko jest po amerykańsku. Tam nawet nie ma oznakowania CE. Amerykanie mogą się ruszyć ze Stanów gdzieś na podbój świata, ale jest to rynek tak duży i posiadający takie preferencje dla własnego biznesu, że po co.
Polskie firmy utrzymują polski budżet
Polska powinna działać w bardzo zbliżony sposób. Polskie prawo powinno preferować przede wszystkim firmy polskie i umożliwiać ich wzrost. Z bardzo prostego powodu: to polskie firmy utrzymują budżet państwa. Z budżetu państwa płaci się pensje budżetówki. Więc interes jest chyba jasny. Poza tym rynek polski jest na tyle duży, że polskie firmy powinny prowadzić biznes przede wszystkim w Polsce. Eksport jest kosztowny. Kosztuje dopasowanie produktu do rynku i transport. Kosztuje obracanie się w nieznanym środowisku i nieznajomość zwyczajów. To, że wzrasta eksport nie oznacza, że wzrastają zyski przedsiębiorstw. A należy robić wszystko, żeby wzrastały zyski polskich przedsiębiorstw każdej wielkości, bo to one utrzymują budżet państwa, który płaci pensje budżetówce. To jest system naczyń połączonych. Jeśli przedsiębiorstwa mają zyski i płacą podatki to jest z czego dać podwyżki w budżetówce. Natomiast jeśli przedsiębiorstwa nie mają zysków i nie płacą podatków to z pustego i Salomon nie naleje.
Czy przedsiębiorstwa polskie mogą być konkurencyjne na rynku europejskim?
Nie mogą, ponieważ prawo tworzone w Polsce skutecznie to uniemożliwia. Osobiście tego nie rozumiem, bo prawo piszą i wprowadzają pracownicy opłacani z budżetu państwa. Więc teoretycznie im w pierwszej kolejności powinno zależeć na tym, żeby wpływy do budżetu były jak największe. Co osiąga się wtedy, kiedy przedsiębiorstwa mają zyski tak wielkie, że nie mogą ich udźwignąć.
Źródłem prawa w Unii Europejskiej są traktaty, dyrektywy i rozporządzenia. Rozporządzenia unijne to prawo które obowiązuje w takim brzmieniu, w jakim zostało uchwalone. Natomiast dyrektywa jest dokumentem kierunkowym. To znaczy zawiera pewne elementy, które państwa unijne wprowadzić muszą, ale rozwiązania szczegółowe leżą po stronie państw członkowskich. Przy wprowadzaniu dyrektyw państwa starej Unii ograniczają się do wprowadzenia regulacji koniecznych. Natomiast Polska wprowadza regulacje bardzo szczegółowo i szeroko, co nakłada na przedsiębiorstwa stale nowe obowiązki administracyjne. Dobrym przykładem jest ustawa o wyrobach medycznych, która nakładała na przedsiębiorców szereg obowiązków, których nie było w innych krajach Unii. Rozporządzenie unijne o wyrobach medycznych, które weszło w ostatnich latach niczym w zasadzie się od dyrektywy nie różni.
Przedsiębiorstwo nie może być tak skonstruowane jak urząd, ponieważ celem prowadzenia przedsiębiorstwa jest osiąganie zysku. Zysk osiąga się tylko na trzy sposoby: poprzez produkcję, poprzez handel i poprzez usługi. Administracja biurowa nie tworzy żadnego zysku - administracja biurowa jest utrzymywana z zysku wypracowanego przez produkcję, handel i usługi.
Prawo tworzone w Polsce idzie w kierunku zwiększania obowiązków administracyjnych nakładanych na przedsiębiorstwa. Oczywiście można tu mówić o tym, że administrowanie firmami staje się skuteczniejsze. Natomiast problem leży w czym innym. Przykład poniżej:
W dużym przedsiębiorstwie produkcyjnym są brygady - kilku pracowników - powiedzmy 15 osób i brygadzista. Brygadzista jest osoba kierująca pracownikami - więc nie jest pracownikiem produkcji. Ma nad sobą kierownika i zarząd, którzy nie są pracownikami produkcji. Są też kadry, księgowość, bhp-owiec. Można w przybliżeniu ocenić, że stosunek osób pracujących produkujących do administracji biurowej i zarządzającej wynosi 1:1. To znaczy każdy pracownik produkcji pracuje na siebie i 1 osobę z administracji. Gdyby brygad było 10 oznaczałoby to 150 osób produkujących i około 25 osób w administracji, bo byłoby 10 brygadzistów, ale liczba pracowników biurowych nie musiałaby się zwiększyć.
Przy 150 osobach na produkcji na 1 osobę z administracji i zarządzania pracuje 6 osób z produkcji. Prawo polskie dlatego jest tak obciążające i w efekcie swojego działania powoduje eliminowanie przedsiębiorstw polskich z polskiego rynku ponieważ zaburza stosunek osób wytwarzających dochód do osób nie wytwarzających dochodu. Kolejne wprowadzane przepisy powodują konieczność zatrudniania coraz większej ilości osób w administracji biurowej.
Ponieważ eksport uruchamiają przedsiębiorstwa najsilniejsze na swoim rynku nic dziwnego, że polskie przedsiębiorstwa powstające i raczkujące nie są w stanie mierzyć się z gigantami przychodzącymi z zewnątrz i nierzadko wspieranymi finansowo przez kraje macierzyste. To znaczy dokładnie, że najsilniejsze firmy na rynku niemieckim, amerykańskim, francuskim, włoskim, globalnym czy jakimkolwiek innym są eksporterami na rynek polski. I każdy sklepik Kowalskiego przegra z sieciówką. Pytanie jak to zrobić, żeby Kowalski rozwinął swój sklepik w sieciówkę w mediach nie gości.
Wielokrotnie spotkałam się z tym, że urzędnicy zdają sobie sprawy z tego, że funkcjonują na rynku unijnym. Wydaje im się, że mają do ogarnięcia rynek polski z granicami na Bugu i Odrze. Ten rynek od maja 2004 roku tak nie wygląda.

Towar wprowadzony do obrotu w Polsce może być oferowany na całym tym niebieskim terenie po prawej stronie ilustracji. Ale także towary wprowadzone w każdym z krajów na terenie UE mogą być sprzedawane w Polsce. Polska nie jest samotną wyspą oddzieloną granicami. W Polsce handlować i produkować może każdy. Natomiast warto się zastanowić, czy w praktyce polskie firmy również mogą produkować i handlować na ternie całej Unii. Czy w Unii nie ma rynków krajowych chronionych przez poszczególne państwa. To nie jest tak, że polskie firmy konkurują ze sobą według wymyślnych polskich przepisów. Polskie firmy konkurują z firmami z terenu całej UE. Tylko przepisy mają słabo dopasowane do warunków konkurowania.
